"Pierwszy człowiek": Ach, niektórych też wysłać na Księżyc... [RECENZJA]

Gdy filmowy Neil Armstrong staje na księżycu, otaczają go dojmująca samotność i przygniatająca cisza. A gdyby tak można było - w tym momencie pomyślałem sobie - wysłać na Księżyc wszystkich tych, którzy tworzą tak uwłaczający i męczący jazgot współczesności?

Chłopięce marzenia mężczyzn o powiększaniu stanu wiedzy, odkrywaniu nieznanego i zdobywaniu nowych światów oraz pragnienie posiadania u boku kobiet, które w realizacji owych zamierzeń będą ich niewzruszenie wspierać. W taki nie tak odległy przecież czas, okoliczności i relacje (jakże dziś przewartościowane) przenosi nas Damien Chazelle w filmowej opowieści o Neilu Armstrongu - pierwszym człowieku, który postawił stopę na powierzchni naszego Księżyca. Owa żądza - choć twórcy filmu nie kryją, iż równie silną intencją była potrzeba „dokopania” Sowietom - doprowadziła do tego, że 21 lipca 1969 roku amerykański astronauta i nasz reprezentant w kosmosie mógł dokonać „małego kroku człowieka, ale wielkiego skoku dla ludzkości”. Czy jednak warto było ponosić niebagatelne koszty z tym związane - pada zarazem mocno postawione w „Pierwszym człowieku” pytanie.

Koszty ponoszą uczestnicy misji Apollo 11, ich rodziny, ale i Amerykanie (a patrząc szerzej, my wszyscy). Droga do sfinalizowania projektu usłana jest śmiertelnymi i psychicznymi ofiarami licznych testów oraz miliardami dolarów przeznaczonymi na przedsięwzięcie. Udeptują ją również uczestnicy protestów przeciwko polityce rządu i NASA, domagający się dystrybuowania tak ogromnych funduszy na bardziej przyziemne, na co dzień odczuwalne potrzeby obywateli. Pozostają na niej także niepokoje, załamania i dalekie od „normalności” wymagania stawiane bliskim bohaterów.

To jednak przede wszystkim porażająca samotność człowieka, który decyduje się realizować siebie jest tą ceną, która w filmie Chazelle’a wybrzmiewa najmocniej. Armstronga (w stonowanej, skupionej i przejmującej kreacji Ryana Goslinga) pochłania ona tak bardzo, że życie wśród ludzi pozbawia go oddechu. Rodzina w dużej mierze skończyła się dla niego po odejściu ukochanej córeczki chorującej na raka. Przyjaciele nie sprawiają, by chciał się przed nimi otwierać, praca absorbuje go bez reszty, bo z jednej strony stanowi dobry pretekst do ucieczki z domu, w którym ciągle dostrzega zmarłą dziewczynkę, a z drugiej, uważa, że sprawy związane z projektem podboju naturalnego satelity Ziemi zaszły za daleko i po śmierci tylu kolegów podczas kolejnych prób nie można już zawrócić. Żona, choć doskonale rozpoznaje jego nastroje i bez słów potrafi odgadnąć, co go gryzie (związków, które osiągnęły taką bliskość już prawie nie ma, a wkrótce pewnie w ogóle nie będzie) nie potrafi przebić się przez skorupę, w którą się oblekł - świetnie pokazuje to scena spotkania Neila i Janet Armstrongów podczas kwarantanny astronauty po kosmicznej podróży, gdy przedzieleni szybą nie potrafią ze sobą rozmawiać, ograniczając się do drobnych gestów.

Chazelle buduje niebanalne studium trudności radzenia sobie ze stratą i żałobą oraz zatracania się w samotności, wynikającej z niezgody na otrzymaną (i będącą konsekwencją takich, a nie innych wyborów) rzeczywistość. Armstrong boryka się ze sobą, przemijaniem, dźwiganym losem, otoczeniem, z którym sobie nie radzi, poświęcając ostatnie siły trzymające go przy istnieniu odległemu o przeszło 384 tys. km od Ziemi celowi. Liczy, że spojrzenie na swoje sprawy z takiej odległości pozwoli mu zobaczyć coś, czego z bliska nie dostrzega. Tymczasem w tej bezkresnej pustce i zatrważającej ciszy nasza samotność staje się jeszcze bardziej oczywista. A oddalenie nie niesie ukojenia.

Chazelle nie epatując za bardzo zapierającymi dech obrazami i efektami specjalnymi dobitnie pokazał potęgę i niepoznawalność kosmosu. I prawdopodobnie (bo wiem o tym niewiele osób) nadzwyczaj realistycznie przedstawił to, co odczuwają kosmonauci zamknięci w klaustrofobicznych „niebiańskich okrętach”. Wirowanie, drżenia, migotanie kontrolek, jęki łączonych nitami elementów pozaziemskich statków oraz spocone i zmęczone twarze odczuwalnie podkreślają wyjątkowość wypraw ponad ziemską atmosferę i olbrzymi trud, jaki ponoszą ich uczestnicy. I jak bardzo odważnym człowiekiem trzeba być, by się na to zdecydować.

Obok kumulującego w środku emocje Goslinga, fantastyczna jest Claire Foy jako walcząca o jedność i zdrowe funkcjonowanie rodziny pani Armstrong. Jest żoną gotową do pielęgnowania domowego ogniska, ale jednocześnie kobietą potrafiącą zawalczyć o swoje prawa i postawić się „szychom” z Narodowej Agencji Aeronautyki i Przestrzeni Kosmicznej. Wyrazista, uczuciowa rola.

Chazelle wyzwalając wątpliwości co do sensu porywania się na wszechświat, kiedy nie panujemy nad naszym niedużym globikiem, jednocześnie przywołuje romantyczną wizję nauki i postępu jako pokonywania trudności dla dobra człowieka. Jest w tym wiara, że istotę naszego pobytu na błękitnej planecie determinuje rozwój, a potrafiący marzyć człowiek nie pozwoli zdominować się technologii, którą rozpętał. Że z każdym pokoleniem będzie lepiej. A może tylko powinno być?

Szlak mają wytyczać samotni bohaterowie. A że ich samotność to często dziesiątki ludzi, którzy byli obok i pozostali za plecami? No bo kto dziś pamięta, jak się nazywał Buzz Aldrin, który zszedł na Księżyc chwilę po Armstrongu?...

Pierwszy człowiek USA dramat, reż. Damien Chazelle, wyst. Ryan Gosling, Claire Foy | OCENA ★★★★☆☆

Wideo

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.