"Jak pies z kotem", czyli choroba, braterska miłość i śmierć [ROZMOWA Z OLGIERDEM ŁUKASZEWICZEM]

Olgierd Łukaszewicz zagrał jedną z głównych ról w filmie „Jak pies z kotem”, opowiadającym o ostatnich miesiącach życia i choroby reżysera Andrzeja Kondratiuka. Opowieść właśnie trafiła na ekrany polskich kin.

Zdziwił się Pan, kiedy reżyser filmu, Janusz Kondratiuk, zaproponował Panu, żeby zagrał jego brata – Andrzeja?
No tak, bo Andrzej był kompletnie inny, fizycznie, jak ja: niższy był, taki „men”…

Grubszy, bujna fryzura.
Dobrze zbudowany, dumny ze swojej siły witalnej. Po pierwszym udarze pojechał do wesołego miasteczka. Tam podszedł do takiej kuli, którą trzeba walnąć, żeby poleciała do góry, pokazując, jaką uderzający ma siłę. Raz uderzył – trach. Drugi, tak samo – poszybowała w górę. Uśmiechnął się. Miał satysfakcję ze swojej siły. Więc ja kompletnie nie pasowałem do takiego obrazu. Zapytałem jeszcze swojego brata, operatora filmowego, który kręcił z Andrzejem. Mówię do niego: „Wiesz, mam wątpliwości, czy ja mogę grać Andrzeja”. Na co on odpowiedział: „I słusznie”.

Tylko to Pana zniechęcało do tej roli?
Nie tylko. Był jeszcze jeden element, który mnie z lekka odpychał: bo wcieleń aktorskich – chorych i umierających – miałem w swoim dorobku sporo. Mogę podać cały zestaw chorób, które grałem. Poza tym, po pierwszej lekturze scenariusza, wydawało mi się, że ta historia mojego bohatera jest dość banalnie opowiedziana, obyczajowo, prawie jak z serialu. Że tam nie ma momentu na jakieś ryzyko, a na dodatek, że o wiele ciekawsza do zagrania jest postać Janusza – brata, a nie samego Andrzeja. Bo Janusz, jako opiekun, gra zniecierpliwienie, zmęczenie, przytłoczenie całą sytuacją, gra braterską miłość, a zarazem zwykłe wkurzenie na brata. Janusza zagrał jednak Robert Więckiewicz, a mnie reżyser namawiał do roli Andrzeja. Po pierwszej rozmowie dałem odprawę reżyserowi. Nie chciałem tej roli. Po godzinie jeden ze współpracowników przyszedł do mnie – byłem wtedy prezesem Związku Artystów Scen Polskich – i powiedział: „Pan Kondratiuk czeka na pana, cały czas, na dole, w restauracji”. Zszedłem do niego, popatrzył na mnie i powiedział: „To masz być ty”. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, że wie, co robi.

A tak naprawdę przekonał się Pan o tym, że może być Andrzejem...
...Kiedy zobaczyłem nagranie w komórce, które zrobił Mateusz, syn Beaty (szwagierki Andrzeja Kondratiuka – przy. red.). Zakumplowali się panowie. Mateusz biegał mu po piwo. I na tym nagraniu zobaczyłem, że bohater, którego mam zagrać, nie ma już tak gęstej czupryny, że jego włosy są przerzedzone, siwe, twarz też już bardziej szczupła, głos – wyraźny. I te oczy – patrzące w rozmówcę, czy rzeczywiście odebrał właściwy komunikat. A nie było go łatwo odebrać, bo Andrzej, mówiąc, bronił się różnymi artystycznymi figurami. Albo prowokował. Dano mi też różne ubiory, w których miałem zagrać – w końcu Janusz, reżyser, powiedział: „Dajcie mu kurtkę Andrzeja”. Nałożyłem ją, była dobra, pasowała. Zgodziłem się zagrać… Ta rola to było jednak wchodzenie z cudzymi butami w czyjeś życie.

Bo film był kręcony w prawdziwych wnętrzach, w domu, w którym Andrzej Kondratiuk żył i umierał, na tym samym łóżku, w tym samym pokoju, miał pan ten sam widok z okna, co on, gdy leżał…
Mieliśmy wrażenie, że to, co robimy, to jest jakaś rekonstrukcja. Co się działo w ich głowie, że się zdecydowali, całą rodziną, na tego typu zabieg? Najpierw scenariusz: Janusz przypominał sobie dialogi, jakie prowadził z Andrzejem, i dyktował je współscenarzyście – Dominikowi Rettingerowi. To zapis rozmów, jakie rzeczywiście między braćmi się odbywały. Wanna, która jest w filmie rozwalana, żeby przebudować łazienkę, dostosować ją dla chorego brata, to była rzeczywiście wanna rozwalana w domu Kondratiuków. Psy, które występują w filmie, to były te same pieski, które były przy Andrzeju. Ten sam kotek… To było dziwne, bo cała ekipa filmowa zwaliła się do domku Kondratiuków. Kręciliśmy w trzech częściach, łapiąc zmieniające się pory roku. Odgrywaliśmy dramat rodzinny, bardzo intymny, w prawdziwych wnętrzach, aktorzy, przy ludziach, pierwowzorach bohaterów, którzy siedzieli, stali tuż obok – a to Iga Cembrzyńska, żona Andrzeja, szła z herbatką, albo Beata była obok nas, grających, Janusz, brat Andrzeja – jako reżyser – to wiadomo... Dziwne to było.

Komentowali na bieżąco, że coś było inaczej, niż w rzeczywistości, że coś inaczej mówili, że inaczej dana scena wyglądała?
Nie, nie wtrącali się. Raz tylko, gdy siedziałem w charakteryzatorni, przyszła Iga Cembrzyńska, pogłaskała mnie i powiedziała: „Jędruś...” Później cały czas powtarzała, że jestem bardzo podobny do jej Andrzeja.

Wszyscy koledzy-aktorzy mieli utrudnione zadanie.
Ja jeden miałem ten plus, że nieboszczyka nie było na planie. Robert Więckiewicz chodził nawet, poza planem, trochę kulejąc, bo Janusz ma problemy z biodrami. I Janusz krzyczał do niego: „Co ty wyprawiasz?”, „No ciebie gram przecież”. A Ola Konieczna była na planie trochę zestresowana, grając Igę Cembrzyńską przy niej, bo ta rola jest przecież trochę kompromitująca dla Igi. Bała się, czy Iga siebie taką w tym filmie zaakceptuje. Na szczęście zaakceptowała już na etapie scenariusza, ale Ola musiała ją jednak prosić, by w trakcie, kiedy gra, nie obserwowała jej i nie robiła jej uwag. I Iga się usuwała.

Beata, żona Janusza i jej syn – Mateusz, obserwowali wszystko od początku do końca to, co nagraliście.
Ale komentowali cichutko. Przeżywali bardzo. Lały się łzy. A muszę zdradzić, że teraz, po śmierci Andrzeja, Janusz z Beatą opiekują się w swoim domu Igą… Może będzie kolejny film z tego.

To był dla was, aktorów, plus, czy minus, że graliście w prawdziwych wnętrzach?
Wśród tłumy filmowców na planie, wszystko było dla mnie już tylko dekoracją.

Co dla Pana było najtrudniejsze?
Każdy aktor, po kolei, odkrywa różne warstwy swojej roli. Ja postanowiłem w ogóle nie dyskutować z żadnym słowem w napisanym dialogu. Bo miałem takie doświadczenie, grając w wielu filmach, że jak coś nie pasowało mi jako aktorowi, to się zmieniało, rozmawiało się z reżyserem. Tu postanowiłem: zero dyskusji. Starałem się odszyfrować to, co było zapisane, i zagrać słowo w słowo, tak jak było. Nie walczyć. Nie ruszać tekstu.

Jak Pan stawał się filmowym Andrzejem?
Usłyszałem na przykład, na jednym z nagrań, że Andrzej, kiedy mówi, to zaciąga, z lekka „ze wschodnia”, kresowo, mówi „ly”. I to dało mi cynk, że miał on kompletnie inną wrażliwość, niż na przykład wrażliwość ludzi z Mazowsza. Wy, we Wrocławiu, tę kresową wrażliwość znacie. I dlatego ćwiczyłem tekst, z taką melodią w głosie. Mój ojciec pochodził z Wilna – więc tę melodyjność miałem w uchu. Matka, od dziecka, czytała mi „Ziele na kraterze” Melchiora Wańkowicza. I ci ludzie, ludzie Wschodu, których znałem z dzieciństwa, mówią zupełnie inaczej – wyrażają w głosie lirykę, albo taką podejrzliwość, zadziorność – fantastycznie to wszystko sparodiowali Hańcza i Kowalski w „Samych swoich”. Ja musiałem to trochę zdjąć, schować – to było moim zadaniem – i ukazać tę wschodnią osobowość, ukazać człowieka. Bo aktor buduje cały fundament, ale grając w filmie, to się zakrywa i pokazuje tylko część tego kipiącego z emocji, w środku, wulkanu. Na ekranie widać tylko część…

Andrzej Kondratiuk miał problemy z poruszaniem się.
Trudnością była dla mnie, jako aktora, forma – ciało skrępowane paraliżem. Byłem u pani profesor neurologii, ona mi powiedziała, co i jak powinno wyglądać, na planie był konsultant od tych spraw, i byli Janusz i Beata – oni mówili: „ta ręka tak, druga tak...”. A gdy próbowałem coś cicho mówić, używając barwy, jak ktoś chory, to protestowali: „Ten głos ma być mocniejszy”. Utkałem tę postać Andrzeja, korzystając dużo z warsztatu teatralnego, bo tak naprawdę do grania pozostawał mi dialog. Muszę podkreślić, że fantastycznie zachowywał się na planie Robert Więckiewicz, który jak muzycy w jazzie – jeden brał od drugiego. Nie musieliśmy się umawiać, co do gry. Wszystko wychodziło nam bardzo naturalnie. Ta rola to było dla mnie bardzo ciekawe doświadczenie: począwszy od tej niechęci mojej do tej roli, od posądzenia jej o banał, do tego, że ta rola pokazała mi swoją wielobarwność dynamiki, wynikającą chociażby z przebiegu choroby. Ta rola dała mi duże możliwości.

A najtrudniejsze przykazanie od reżysera?
Powiedział mi: masz być tyranem.

Dla Janusza Kondratiuka, pokazać w filmie relacje, ich wcześniejszy brak, jakie łączyły go z bratem – Andrzejem, to była wielka trudność.
Gdy przyszliśmy na pierwszą próbę, do kuchni, Janusz nerwowo palił papierosa, podchodził do nas, odchodził. To było stresujące – bo jakieś duchy przeszłości wstawały, budziły się. Grzebaliśmy się w rodzinnej historii, to był przedziwny czas.

Pana rola, człowieka sparaliżowanego, chorego, umierającego – niesie ze sobą duży bagaż emocjonalny. Długo jeszcze w Panu siedziała po zakończonych zdjęciach?
Jestem tego typu aktorem, który lubi włazić w postać. Trzymam ją w sobie cały dzień zdjęciowy, bawię się nią. To jest dla mnie jak narkotyk w tym zawodzie – może się to wydawać dziecinne, ale ja tak mam. Kołyszę tę rolę dłuższy czas w sobie.

„Jak pies z kotem” to film o…
Sam Janusz mówi, że nie zrobił filmu o miłości braterskiej. Mówi, że to jest film o zobowiązaniu w rodzinie.

Rozmawiał Robert Migdał

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.