„Bohemian Rhapsody”: rama założona na biografię nieszablonowego artysty [RECENZJA]

Osobowość i życiorys Freddiego Mercury’ego rozsadzają ramy niejednej formy biografii, jaką mu się poświęca. Jak można się przekonać podczas seansu „Bohemian Rhapsody”, znacząco przerastają również konwencjonalnie zrealizowany film o znanym człowieku.

Projekt był w założeniu śmiały i wielce potrzebny. Queen to jeden z najważniejszych i najbardziej wyjątkowych zespołów w historii rocka, a legendarny wokalista grupy pozostawił po sobie opowieść poruszającą na wielu poziomach. Barwna, skomplikowana, narcystyczna, a jednocześnie nadzwyczaj wrażliwa postać, zachłannie pożerająca życie, otoczona dworem, a zarazem tak dotkliwie odczuwająca samotność to doskonały bohater wielowarstwowej, pogłębionej, porywającej, niosącej głębokie przesłanie i zrywającej z szablonem produkcji. Realizatorzy wybrali jednak stereotypową podróż przez ułożone jak w haśle w Wikipedii wydarzenia (inna sprawa, że wiele z nich zostało przeinaczonych, czy niedopatrzonych w detalach - jak np. kolor oczu Freddiego) oraz konstrukcję znaną z wielu podobnych produkcji o wchodzeniu na szczyt, upadku, przemianie i kolejnym wzlocie. Na swój sposób paradoksalnym jest, iż tak łamiącego schematy artystę sportretowano tak sztampowym filmem.

Obraz „Bohemian Rhapsody” powstawał z trudnościami: z roli Mercury’ego zrezygnował Sacha Baron Cohen (który liczył na bardziej drapieżną interpretację), film jako reżyser podpisał Bryan Singer, choć twórca (ponoć mocno skonfliktowany z zatrudnionym w miejsce Cohena Ramim Malekiem) został zwolniony z tej funkcji tuż przed ukończeniem zdjęć. Może dlatego produkcji brakuje indywidualnego, charakterystycznego, artystycznego rysu - całość broni się rzetelnym wypełnieniem zaleceń podręcznika poprawnej kompozycji filmu przeznaczonego dla masowego widza, poświęcając w imię tego celu wszystkie elementy, które mogłyby się dla szerokiej publiczności okazać zbyt oryginalne lub utrudniające swobodny odbiór. Co zaskakujące, uczyniono również wiele, by stonować zbyt silne, pozamuzyczne emocje - a jak można by nimi w filmowej sztuce grać, pokazują dwie sceny: konferencji prasowej z osaczonym i ledwo powstrzymującym eksplozję Mercurym oraz spotkania przy wyjściu ze szpitala wokalisty, który właśnie dowiedział się o swojej śmiertelnej chorobie z fanem, będącym już w daleko posuniętym stadium AIDS.

Uczestniczący w kolejnych etapach produkcji muzycy formacji - gitarzysta Brian May i perkusista Roger Taylor dopilnowali, by „Bohemian Rhapsody” był historią drużyny, w której panowały niemal demokratyczne zasady, wszyscy byli równie istotni, podobnie twórczy, a siła poszczególnych „wojowników” ujawniała się jedynie we wspólnym działaniu. Stąd cały wątek solowej kariery Freddiego przedstawiony jest raczej jako fanaberia zadufanego w sobie oraz zagubionego przez narkotyki i podłych doradców zdrajcę przyjaźni, niż artystyczny wybór. Pomijając przy tym fakt, że to w tym okresie Mercury nagrał takie duże utwory, jak „I Was Born To Love You”, „Love Kills” czy „Barcelona”...

Trzymając się bezpiecznej formuły, realizatorzy postawili także na aktorstwo ograniczające się do charakteryzacji i precyzyjnego naśladowania gestów, mimiki, zachowań przenoszonych na ekran osób, czyli podstawowych umiejętności adeptów tej dziedziny artystycznego rzemiosła. Rami Malek napracował się, by dobrze udawać swojego bohatera i nie da się ukryć, że robi to bardzo dobrze, ale pogłębienia materiału, interpretacji, sięgnięcia pod fizyczność zbyt wiele tu nie znajdziemy. Na podobieństwie do Maya i Taylora kończą się również kreacje Gwilyma Lee i Bena Hardy’ego, czy Josepha Mazzello w roli skromniej przedstawionego (może dlatego, że nie pracował przy filmie) basisty Queen, Johna Deacona. Nawet Allenowi Leechowi, mającemu tu do zagrania głównego łotra, który przeszedł na ciemną stronę z powodu nieodwzajemnionej miłości (Paul Prenter), nie udało się wyjść poza sprawdzone rozwiązania.

Niemal wszystko wynagradza wielki finał filmu - odtworzony słynny, dwudziestominutowy występ Queen na Wembley podczas koncertu Live Aid, który odbył się 13 lipca 1985 roku. Zadbano o szczegóły (komputerowo zrekonstruowano stadion w ówczesnej wersji) i pozwolono wybrzmieć potędze muzyki oraz charyzmie Freddiego, który nakłonił 72 tysiące fanów różnych wykonawców do wspólnego klaskania w jednym tempie do rytmu utworu „Radio Ga Ga”.

I właśnie muzyka wybitnego brytyjskiego zespołu to najwspanialszy, zapierający dech i robiący największe wrażenie bohater tego filmu. Duch Freddiego Mercury’ego na wielkie dzieło o swoim doczesnym życiu musi jeszcze poczekać.

Bohemian Rhapsody USA/Wlk. Brytania biograficzny, reż. Bryan Singer, wyst. Rami Malek | OCENA ★★★★☆☆

Wideo

Więcej na temat:

Komentarze

Liczba znaków do wpisania:  4000/4000

Dodając komentarz, akceptujesz regulamin forum oraz Politykę Prywatności.

Jeśli uważasz, że któryś z komentarzy łamie regulamin, to wyślij nam link do tego artykułu na pomoc@naszemiasto.pl

Wybrane dla Ciebie

Powiązane

Więcej na temat:
Więcej na temat:

Wykryliśmy, że nadal blokujesz reklamy...

To dzięki reklamom możemy dostarczyć dla Ciebie wartościowe informacje. Jeśli cenisz naszą pracę, prosimy, wyłącz Adblock na naszej stronie.

Dziękujemy za Twoje wsparcie!

Jasne, chcę odblokować Nie działa? Spróbuj wyłączyć Adblock samodzielnie w ustawieniach.